poniedziałek, 28 maja 2012

Urzędasy

Dostałem pismo z urzędu skarbowego. Jako praworządny i sumiennie płacący podatki obywatel dostałem na widok tego pisma nerwowych drgawek. Bo urząd skarbowy nie pisuje do praworządnych i uczciwych obywateli, żeby im podziękować za to, że sumiennie płacą podatki, że w ogóle płacą, dzięki czemu urząd ma na pensje dla urzędników. Urząd skarbowy pisuje do uczciwych obywateli, kiedy może się o coś przychrzanić, na przykład, że spóźnili się jeden dzień ze złożeniem jakiejś deklaracji. I wlepia im karę w wysokości jednej dziesiątej przeciętnej pensji. Kiedyś taką karę dostałem, to wiem. Komuś może wydawać się to dużo i nieproporcjonalnie do przewinienia, ale bez przesady. Przecież nie rozstrzeliwują. A mogliby. Kiedy wojsko przysłało mi wezwanie do WKU po studiach, to jak byk stało w pouczeniu, że za niestawiennictwo grozi kara śmierci. Chyba że nie ma wojny. A z tym to nigdy nie wiadomo. Ostatnio też byłem przekonany, że z nikim się nie bijemy, ale poseł Macierewicz wyprowadził mnie z błędu i poinformował, że Rosja wypowiedziała nam wojnę.

Przeczytałem rzeczone pismo, znowu nie wysłałem jakiejś deklaracji, ale tym razem nie było kary, tylko wezwanie do dosłania. Przekazałem pismo mojej księgowej, żeby dosłała co trzeba. Księgowa odpisała mi, że chodzi o deklarację VAT, której składać nie muszę, bo już ponad dwa lata podatnikiem VAT nie jestem, o czym urząd został w swoim czasie przepisowo poinformowany. I że w tym duchu mam urzędowi odpowiedzieć. Wydając trzy siedemdziesiąt pięć na list polecony. Ale nie należy się oburzać, bo wydatki obywateli stanowią część PKB i dzięki temu, że wydam na znaczek, przyczynię się do wzrostu gospodarczego. A wyższy wzrost gospodarczy to wyższe wpływy z podatków i urzędnicy skarbowi będą mieli na znaczki, żeby pisać do obywateli, że nie złożyli deklaracji, których składać nie musieli. Urzędnicy zwalczają w ten sposób bezrobocie, bo listonosz ma pracę, księgowa ma pracę, a i sami wykażą, że są potrzebni. Jakiś malkontent mógłby wprawdzie twierdzić, że urzędnicy skarbowi są potrzebni do ścigania tych, którzy działają nielegalnie, ale to naprawdę trzeba być skrajnym malkontentem, żeby nie rozumieć, że urząd „nie ma narzędzi”, by gnębić tych, którzy się do niego nie zgłosili. A jak ktoś jest tak naiwny, że chce działać zgodnie z prawem, to niech ma pretensje do siebie: za głupotę się płaci. Przecież niemowlaki wiedzą, że w Polsce przestrzegając przepisów jednej ustawy, łamie się drugą. Malkontenctwem byłoby też twierdzenie, że urzędnik powinien zrozumieć informację widniejącą na monitorze komputera, że dany podatnik przestał być VAT-owcem dwa lata wcześniej. Urząd skarbowy to nie wyższa uczelnia czy instytut badawczy, by zatrudniać w nim ludzi potrafiących czytać.

Ponieważ nieszczęścia chodzą parami, dostałem też pismo z ZUS-u. Było to ponaglenie, że mam zrobić coś, czego ZUS domagał się w poprzednim piśmie, a czego nie zrobiłem. Nie zrobiłem, bo poprzednie pismo było wysłane listem zwykłym, a te od ZUS-u wyrzucam bez czytania. Zawsze jest to informacja o stanie mojego konta emerytalnego, a ja już nie chcę się denerwować, dowiadując się, ile emerytury nie dostanę, mimo że co miesiąc płacę na nią horrendalną składkę. ZUS domagał się, żebym się stawił w ZUS-ie i wyjaśnił zaistniałe nieprawidłowości w płatności składki zdrowotnej w… 2003 roku. Dziewięć lat temu. I też się nie ma co oburzać. Przecież mogli mnie wezwać, żebym wyjaśnił, dlaczego nie zapłacił składki mój dziadek w czterdziestym trzecim. A wyjaśnienia, że był na froncie, nie uznać. Powiedzieć, że sprawdzą. Tak, jak powiedzieli, że sprawdzą, kiedy odmówiłem stawienia się, bo w związku z nieprawidłowościami w 2003 byłem wzywany w 2004 i z wszystkiego się wytłumaczyłem. Że nieprawidłowości polegały na tym, że Kasa Chorych nie przesłała moich dokumentów do ZUS-u, że ZUS brał moją kasę, nie mając na to podkładki, i że zorientował się po paru latach, że bierze kasę, której nie ma prawa brać. Czyli że wezwali niewinnego, bo nie ja zawaliłem, tylko urzędnicy Kasy Chorych i ZUS-u. Urzędnicy jednak nie przyjęli tego do wiadomości, sami siebie nie wezwali, żeby wyjaśnić nieprawidłowości, tylko ponownie obywatela po dziewięciu latach. Bo obywatel się nudzi, składka na ZUS jest tak śmiesznie niska, że obywatel zarabia na nią w trzy godziny, więc niech sobie pochodzi po urzędach. Niech zobaczy, jak urzędnicy za jego pieniądze ciężko pracują, żeby nie miał poczucia, że płaci na bandę nierobów.

poniedziałek, 21 maja 2012

Na początku stała się światłość albo dostarczyciele kontentu

W kwietniowym numerze „Bluszczu” ukazał się artykuł poświęcony przekładom literackim pt. „Tłumaczenie tłumaczy” autorstwa Marceliny Szumer i Pawła Wieczorka. Lead („zmieniają wodę w błoto, perfumy w cukierki, a sprośności w fi fi”) zapowiada, że będzie tradycyjnie: bierzemy garść przykładów i jojczymy, jacy to ci tłumacze nieudolni. I jest tradycyjnie: z góry założona teza, że tłumacze to banda fuszerów, i mający tego dowodzić miszmasz przykładów, bez umieszczenia ich choćby w historycznym kontekście, jakby zasady translatoryki dzisiaj i kilkadziesiąt czy kilkaset lat temu były takie same.

Dobór przykładów też jest tradycyjny, bo choć zaczyna się nawet ciekawie od analizy tłumaczenia wierszy niemieckiego poety Michaela Zellera, to na tym – nomen omen – oryginalne pomysły dwójce autorów się kończą i mamy standardowy zestaw: Biblia, Szekspir i Barańczak, Kubuś Puchatek i Fredzia Phi Phi. Artykuł o tłumaczeniach literackich bez przytoczenia casusu Kubusia i Fredzi wydaje się wszystkim autorom tak niekompletny jak Watykan bez Jana Pawła II.

Już przy analizie spolszczonych wierszy Zellera wychodzi na jaw, że krytycy o sztuce przekładu mają średnie pojęcie. I tak ich zdaniem dwaj tłumacze przełożyli błędnie wyrażenie „aufgeklärtem blick” jako „jasne spojrzenie” i „rozjaśnione spojrzenie”, gdy tymczasem poeta miał na myśli „rozumienie świata”. Poeta mógł mieć na myśli nawet kupę dinozaura, ale napisał „Blick”, a nie „Welt”, więc w tłumaczeniu musi być „spojrzenie”. To spojrzenie jest chyba „rozumne, rozumiejące”, a nie „jasne”, ale trudno wyrokować, nie znając kontekstu, bo „jasne” w znaczeniu „zrozumiałe” też się stosuje.

Niezwykle interesująca jest część poświęcona Biblii, „najstarszej powieści przygodowej świata”, w której Bóg to „główny bohater”. Nie bardzo wiadomo, co autorzy chcieli osiągnąć, deprecjonując w ten prymitywny sposób świętą księgę dwóch religii, skoro tematem jest nie jej treść, tylko rozbieżność pomiędzy poszczególnymi wersjami językowymi. Ale dalej robi się jeszcze ciekawiej. Otóż dowiadujemy się, że „pierwsze zdanie Biblii (…) po łacinie brzmi fiat lux, et facta est lux”. Szumer i Wieczorek musieli być napruci winem albo po ziołach, kiedy to pisali, bo pierwsze zdanie Biblii brzmi In principio creavit Deus caelum et terram, a nie trzeba znać łaciny, żeby rozpoznać, że to zacytowane przez nich nie odpowiada frazie „Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię”.

Wróćmy jednak do przekładów i dowiedzmy się, co z tym „pierwszym” zdaniem. Otóż „przetłumaczone na język angielski, jest prawie dwa razy dłuższe”. Czyli tłumacz popełnił faux-pas, bo nie użył linijki. Owo „prawie dwa razy dłuższe” zdanie brzmi Let there be light: and there was light. Czyli osiem słów przy sześciu łacińskich, literek też jest raptem półtora raza więcej, no ale autorzy artykułu piszą o przekładach, a nie o arytmetyce, więc na arytmetyce znać się nie muszą. A dlaczego, jak jest dwa razy więcej literek, to niedobrze? Bo daje to „dwa razy więcej okazji do przekłamań, nadużyć i nadinterpretacji”. I nie da się ukryć, że to – nomen omen – święta prawda. W wersji łacińskiej można się tylko zastanawiać, czy Bóg zapalił pochodnię, czy lampę naftową, a wersji angielskiej mamy do wyboru jeszcze żarówkę i reflektor.

Czym dla kozy pochyłe drzewo, tym dla domorosłych znawców translatoryki kilka różnych przekładów tego samego utworu. Wielu tłumaczy brało się za „Hamleta”, Szumer i Wieczorek wszystkie polskie przekłady przeczytali i błyskotliwie zauważyli, że „bodaj jedynym, co je łączy, jest imię głównego bohatera”. Dowód? Inne brzmienie tej samej frazy: „w sercu noszą strapienie”, „w sercu noszą żal”, „w sercu ich żałość winna mieszkać”, „ich sercu przystoi żałoba”. Żaden z tłumaczy nie zastąpił serca wątrobą ani żałoby radością, a mimo to zostali skrytykowani, więc nasuwa się wniosek, że krytycy spodziewali się czterech identycznych tekstów. Wydaje im się pewnie, że Bóg oprócz światłości (w pierwszym zdaniu Biblii) stworzył również idealne wersje przekładów, a tłumacz ma do nich dążyć i jego przekład będzie tym lepszy, im bardziej zgodny z tą boską wersją (która ma oczywiście tyle samo literek co oryginał). Tymczasem tłumacze mają prawo sięgać po synonimy (żal, żałość, żałoba, strapienie), więc nigdy nie powstaną dwa identyczne przekłady. Każdy tłumacz odciska na przekładzie swoje indywidualne piętno (dlatego wskazane jest, by danego pisarza przekładała jedna osoba), co wcale nie znaczy, że czytelnik otrzymuje wersje, w których zgadza się tylko imię bohatera. Inkryminowana fraza – choć za każdym razem nieco inaczej sformułowana – niesie przecież tę samą informację i daje ten sam obraz. I wszystkie cztery przekłady „Hamleta” (Witolda Chwalewika – nazywanego w artykule „Chwalewnikiem”, przecież Sumer i Wiczorek nie będą ustalać, jak naprawdę nazywa się taka trzeciorzędna persona jak tłumacz – Jarosława Iwaszkiewicza, Macieja Słomczyńskiego i Jerzego S. Sito), z których pochodzą cytaty, mogą być dobre, bo to, że się między sobą różnią, niczego przeciwnego nie dowodzi.

No i nieśmiertelna Fredzia. „Kubusia Puchatka, Krzysia, Prosiaczka (…) powołał do życia (nie, nie Walt Disney!) Alan Alexander Milne”. Wykluczenie autorstwa Disneya albo ma być żartem i jest to wtedy humor tak zwanej wysokiej próby (ha! ha!), albo Szumer i Wieczorek zakładają, że czytelnicy „Bluszczu” to ćwierćinteligenci wyrośli na kulturze obrazkowej, którzy nie wiedzą, jak brzmi pierwsze zdanie Biblii, bo zapoznawali się z nią w formie komiksu. Po tym wprowadzeniu mamy informację, że przekład Ireny Tuwim jest nader swobodny: „Hefalumpy (…) jedynie podobne do słoni, u Tuwima stały się słoniami z krwi i kości”. Jak widać, u Szumera i Wieczorek Irena Tuwim stała się Julianem Tuwimem albo ktoś nie zna zasad odmiany żeńskich nazwisk. „Fredzia Phi Phi” Moniki Adamczyk zostaje oceniona jako „wierniejsza oryginałowi, ale też kompletnie pozbawiona uroku, którego nie można odmówić pierwszemu tłumaczeniu”. Myśl, że może uroku pozbawiony jest oryginał, jakoś w głowach autorów artykułu nie postała. Nie podoba im się, że Kłapouchy to nie osiołek, tylko bury osioł Iija, i że jego prezentem urodzinowym nie jest praktyczna baryłeczka, tylko użyteczny garnek. Jeśli w oryginale osiołek Kłapouchy jest osłem Iiją i dostał garnek, to pretensje, że nie ma to uroku, proszę zgłaszać do Milne’a, a nie do Adamczyk. Wisienką na torcie są korepetycje z geografii, jakich Szumer i Wieczorek udzielają tłumaczkom utworu: „Obie jednak pomyliły się, pisząc o łożyskach rzek, bo kto uczył się geografii, wie, że lepsze byłoby określenie ‘koryto’”. Kto uczył się polskiego, wie, że łożysko to „zagłębienie wyżłobione przez płynącą wodę; koryto” (SJP pod red. Mieczysława Szymczaka).

Z równie fachową krytyką spotkał się Andrzej Drawicz za zmianę w stosunku do pierwszego tłumaczenia imienia jednej z bohaterek „Mistrza i Małgorzaty” z „Annuszki” na „Anielcię”. Dlaczego zmiana jest zła? Wyjaśnia nam to tylko połowa duetu autorskiego (nie dowiadujemy się która): „drugiej po prostu nie lubię”. Czyli tłumacz powinien był kierować się nie tylko wymogami warsztatowymi, lecz także gustem pani Szumer lub pana Wieczorka. Drawicz naraził się też tym, że głowę Berlioza potoczył „po bruku”, a nie, jak w pierwszym tłumaczeniu, „znacznie bardziej przewrotnie i adekwatnie” „po kocich łbach”. Adekwatnie to by było, gdyby w języku rosyjskim nazwa bruku z kamienia polnego również nawiązywała do kociej łepetyny, ale nie nawiązuje, więc owa przewrotność występuje tylko w przekładzie Lewandowskiej i Dąbrowskiego. I to ich przekład jest zły, bo tłumacz nie może dodawać smaczków, których nie ma w oryginale.

Żeby to wyliczanie błędów, które błędami nie są, albo chwalenie rozwiązań, które na pochwałę nie zasługują, nie wyglądało tylko na nabijanie wierszówki, Szumer i Wieczorek jako ogólniejszą refleksję o tłumaczeniach przytaczają poglądy George’a Steinera, autora książki „Po wieży Babel”. Tytuł zapisują z bykiem ortograficznym „Po Wieży Babel”, no ale już ustaliliśmy, że Biblię znają głównie ze słyszenia i nie utrwaliło się im, że słowo „wieża” nie jest częścią nazwy. Steiner zostaje przywołany ni w pięć, ni w dziewięć, bo skoro twierdzi, że społeczeństwa żyją nie w jednej różnie nazywanej rzeczywistości, lecz w zupełnie innych światach i właśnie ta okoliczność stanowi dla tłumaczy niepokonywalną barierę, to przykłady błędnych tłumaczeń, wynikających z niewiedzy czy nieudolności tłumacza, nijak tej tezy nie ilustrują. Refleksja pojawia się w środku tekstu, autorzy najwyraźniej uznają jednak, że ciekawsze od pogłębionej analizy jest kopanie bliźnich po kostkach, wracają więc do pastwienia się nad przykładami.

Kim są Marcelina Szumer i Paweł Wieczorek? Pod tekstem żadnej informacji nie ma, z tekstu wynika jedynie tyle, że na pewno nie są tłumaczami literatury. Na szczęście Pan Bóg stworzył Internet (zaraz po światłości, a przed niebem i ziemią), który wypluwa informację, że to dziennikarze prowadzący agencję Pably, zajmującą się „dostarczaniem kontentu”. Kontent ma według zapewnień wysoką kłolity, tak by riders, którzy sięgnęli po daną niuspejper, wrócili do niej zachęceni rzetelną informejszyn i fachowym opracowaniem sabdżektu. I trzeba przyznać, że nie jest to reklamowe pustosłowie, ja na przykład czuję się totalnie zachęcony, by kupować kolejne numery „Bluszczu” i dowiadywać się, co dostarczyciele kontentu zechcą jeszcze napisać o przekładach literackich. Ale nietłumacze nie powinni czuć się poszkodowani, gdyż lista dziedzin, na których Szumer i Wieczorek się znają, jest nader obszerna, więc również przedstawicielom innych zawodów mogą dostarczyć sporo kontentowej radości. Usatysfakcjonowani będą też zamawiający artykuły, to znaczy kontent, gdyż Szumer i Wieczorek deklarują, że tworzą go na kola… tfu, nie na kolanie, tylko do ręki. „Od ręki przygotujemy kontent na tematy technologie, motoryzacja, kultura, prawo”. Ponieważ nie ma deklaracji, że przygotują kontent na temat język polski, zamiast czepiać się gramatyki tej konstrukcji, należy zamawiać tekst, sorry, kontent, który Szumer i Wieczorek bez kompleksów wyprodukują. Kto wie, może nawet pokuszą się o nową wersję Biblii, jeśli zgłosi się do nich jakaś sekta, widząc ich nieortodoksyjne podejście. Przecież Biblia to też kontent. „Na początku Bóg stworzył światłość. I zobaczył, że światłość jest dobra. I oświeciło go, że ci, co jej nie widzą, powinni o niej przeczytać. Stworzył więc Bóg dostarczycieli kontentu. Potem sięgnął po ‘Bluszcz’ i powiedział: ‘O kurwa, co ja narobiłem!’”.

poniedziałek, 14 maja 2012

Tłumacz i jego pisarz

Jednym z pisarzy, w których namiętnie się zaczytywałem, był Ernest Hemingway. „Pożegnanie z bronią”, „Komu bije dzwon”, „Stary człowiek i morze” to książki, które dostarczyły mi niesamowitych przeżyć. Zapamiętałem również nazwisko ich tłumacza. Nie był to wcale omen, że w przyszłości też będę tłumaczył literaturę, to, kto przełożył powieść, obchodziło mnie tak samo mało jak większość czytelników. Po prostu mój skrupulatny charakter nakazywał mi przeczytać wszystko, co w książce wydrukowano, włącznie z datą podpisania jej do druku (było kiedyś coś takiego). A że Hemingwaya przekładał jeden człowiek, jego powtarzające się nazwisko utkwiło mi w pamięci: Bronisław Zieliński.

Kiedy natrafiłem na wydaną w 2008 r. biografię Zielińskiego autorstwa Bartosza Marca pt. „Na wzgórzach Idaho”, i z sentymentu do Hemingwaya, i z radości, że ktoś docenia rolę tłumacza na tyle, by o nim napisać, musiałem po nią sięgnąć. To zresztą chyba pierwszy w Polsce (na świecie?) przypadek, że tłumacz literatury – niebędący pisarzem i nie zdobywszy sławy w inny sposób – zasłużył sobie na książkową biografię.

Już tylko za to należałoby autora i wydawnictwo Muza wynieść pod niebiosa, ale i poza tym trudno szczędzić im pochwał: wspaniałe wydanie w twardej oprawie, z dużą liczbą zdjęć, merytorycznie bez zarzutu, widać, że Marzec starannie się do napisania tej biografii przygotował, a zebrany materiał przedstawił w atrakcyjny sposób. Naprawdę warto po tę książkę sięgnąć.

Bronisław Zieliński (1914-1985), żołnierz kampanii wrześniowej, więzień polityczny w czasach stalinowskich, tłumaczeniem literatury zajął się w latach 50., poza Hemingwayem przekładał też m.in. Capotego* i Steinbecka. Tych trzech pisarzy poznał osobiście, ale emocjonalnie najbardziej czuł się związany z Hemingwayem, i to nie tylko w relacji pisarz - czytelnik/tłumacz, ale też tej międzyludzkiej.

Spędził z nim tylko trzy dni, ale czasami już tak jest, że z najważniejszymi ludźmi w naszym życiu nie jest nam dane pobyć dłużej (jeśli ktoś sam tego nie przeżył, to mógł przeczytać właśnie w „Komu bije dzwon”). Hemingway, który normalnie takich gości unikał, zaprosił Zielińskiego do siebie i przypadli sobie do gustu – łączyła ich wspólna pasja: łowiectwo. Przy czym muszę powiedzieć, że opisy polowań były dla mnie przykre. Nigdy nie polowałem, ale kiedyś nie przeszkadzało mi, że inni polują. A teraz, gdy czytałem, jak Zieliński postrzelonego królika, który nie mógł skonać, dobijał kopniakami, co uważał za czynność wprawdzie przykrą, ale humanitarną, to mi się nóż w kieszeni otwierał. Przestrzegę jednak takich wrażliwców jak ja, że naprawdę szkoda byłoby z powodu tych opisów zrezygnować z lektury książki.

Dużym zaskoczeniem była dla mnie informacja o fatalnym stanie fizycznym i psychicznym Hemingwaya przed samobójczą śmiercią. Dotąd miałem taki obraz, że mocny mężczyzna postanowił na swoich warunkach zakończyć życie, zanim ono go złamie, a tymczasem wychodzi na to, że zdążyło złamać. No cóż, obraz pisarza, jaki mają czytelnicy (nawet mocno interesujący się samym autorem), a jego prywatne życie, to często dwa diametralnie różne światy.

Sporą część książki stanowi korespondencja Zielińskiego z Hemingwayem i Capotem (czy po części omówienie, bo spadkobiercy pisarzy nie zgodzili się na publikację wszystkich listów). Zastanowiło mnie, jak takie biografie będą wyglądały w przyszłości, skoro teraz pisarze i tłumacze wymieniają między sobą nie trwałe papierowe listy, tylko ulotne maile. Mój biograf :-) nie znajdzie żadnej mojej korespondencji z Johanną Nilsson, bo stare maile dawno zjadła któraś z awarii komputera, a nowe zeżre jedna z następnych. No chyba że Johanna robi sobie odpisy do pośmiertnego archiwum, w co jednak szczerze wątpię.

Podsumowując, „Na wzgórzach Idaho” to nie tylko książka dla tych, których interesują okołoliterackie tematy i Ernest Hemingway, czy dla tej garstki, którą obchodzą zagadnienia przekładu literackiego. To przede wszystkim opowieść o tym, jakim ciekawym człowiekiem był Bronisław Zieliński. Serdecznie polecam.

*O kłopotach z odmianą nazwiska Capote tutaj, polskie słowniki faktycznie podają błędną wymowę, Zieliński pytał o to samego pisarza i ten podał, że prawidłowa wymowa to „Kapoti”.

poniedziałek, 7 maja 2012

O kant dupy taką agencję

Człowiek ocenia swoją sytuację, porównując się z innymi, i kiedy ma od nich gorzej, jest niezadowolony. Mnie niestety przyszło porównywać sytuację polskiego autora z warunkami, w jakich tworzą Szwedzi, bo ich literaturę tłumaczę. Gdybym tłumaczył ukraińską, pewnie porównywałbym się z Ukraińcami i wtedy powodu do frustracji bym nie miał. A tak na każdym kroku widzę, jak mogłoby być dobrze, a jak jest fatalnie.

Koresponduję sobie z Johanną Nilsson i dowiaduję się, że ma nowego agenta i tenże agent z miejsca załatwił jej zamówienie opowiadania przez czasopismo. Nie powiem, zamarzył mi się ktoś taki, kto nakłaniałby czasopisma, by zgłaszały do mnie z prośbami o opowiadanie. Dotąd agenta nie miałem, bo w Polsce generalnie ten zawód nie istniał. Agencje literackie zaczęły się jednak pojawiać, toteż postanowiłem z usług takowej skorzystać, mając nadzieję, że zdejmie ze mnie całą tę akwizytorską robotę, którą polski pisarz (i tłumacz) musi wykonywać. Akurat na forum Wydawnictwa i obyczaje jedna się ogłosiła, więc do niej napisałem. Książek (w tym tłumaczonych) sporo mam na koncie, jest co wznawiać, następne przecież też będę pisał (i tłumaczył), a i podobno ciekawie o tym, co robię, opowiedzieć umiem. Wydawało mi się więc, że dla takiej agencji jestem niezłym klientem. Agencji chyba też się tak wydawało, bo i skwapliwie odpisała, a jej szef nawet się pofatygował do mojego stolika na targach, żeby osobiście ze mną porozmawiać. Ze sporą nadzieją czekałem więc na propozycje napisania czy przetłumaczenia książek, na oferty wznowień, na zamówienia tekstów do prasy, na zaproszenie na spotkania autorskie (z honorarium dla autora, bo skoro agencja żyje z prowizji, to organizacja nieodpłatnego nie ma dla niej sensu). No i czekam dalej, w tej chwili mija już półtora roku i przez te półtora roku agencja nic mi nie załatwiła. Nic, liczbowo: zero, słownie: gówno.

Nie dość tego. Po początkowej korespondencji i podaniu, co ma zamiar zrobić, więcej się do mnie nie odezwała. Od roku ze sporym okładem nie dostałem ani jednego maila! Rzeczona agencja najwyraźniej uważa, że współpracujący z nią autor ma się do niej dobijać, monitować, ustalać, czy książka została przyjęta do wydania, prosić się o odpowiedź, czyli robić dokładnie to samo, co wtedy, kiedy nie jest przez nikogo reprezentowany. A jak już autor wymusi na agencji, że ta gdzieś jego książkę wciśnie, wtedy agencja pobierze prowizję. I proszę tego nie odczytywać jako sarkazmu, że niesłusznie. Przecież oszczędziła autorowi przykrych wrażeń, bo zamiast dwudziestu wydawnictw leje na niego jedna agencja, a zawsze to przyjemniej, jak tych człowieka olewających jest mniej niż więcej.

Nie mogę jednak powiedzieć, żeby pracownicy agencji się obijali. Zwyczajnie nie mieli czasu do mnie napisać, gdyż byli zajęci redagowaniem ogłoszeń na forum Wydawnictwa i ich obyczaje, że poszukują autorów powieści dla kobiet albo tłumaczy fińskiego. Czyli agencja, zamiast skutecznie przekonywać wydawnictwa do moich książek, co jest jej zadaniem, którego dobrowolnie się podjęła, robi za słup ogłoszeniowy tychże wydawnictw. „Chcielibyśmy zaproponować państwu kryminał polskiego autora i szwedzką obyczajówkę”. „Nie potrzebujemy, teraz stawiamy na fińską literaturę kobiecą”. „Aha. To my damy ogłoszenie”.

No i proszę mi powiedzieć, jak mam teraz nie porównywać. Szwedzki agent nawiązuje współpracę z pisarzem i ostro bierze się do roboty. Dba o jego interesy i skutecznie coś mu załatwia. Polski agent umieszcza sobie pisarza w bazie danych i przestaje się nim interesować, dopóki wydawnictwa same nie powiedzą, że taki rodzaj twórczości ich interesuje. To na cholerę taki agent? Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, dlaczego rozwiązania, które z powodzeniem funkcjonują na świecie, w Polsce zawsze przybierają karykaturalną formę?

wtorek, 1 maja 2012

Spotkanie autorskie w Strzelinie

Jutro (2 maja, środa) będę miał dwa spotkania autorskie, ale czytelników mojego bloga zaproszę tylko na jedno. Biletem wstępu na drugie jest skazujący wyrok sądu, gdyż odbędzie się ono w więzieniu :-). Tych, którzy nie weszli w konflikt z prawem, zapraszam na godzinę 18.00 do Strzelińskiego Ośrodka Kultury przy ul. Brzegowej 10a.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Tupolew a powstanie warszawskie

W kwietniu media poświęciły sporo uwagi dwóm tematom: katastrofie Smoleńskiej i nauczaniu historii. Rozłącznie, bo na pozór nie mają ze sobą nic wspólnego. Rocznicę tragicznego lotu zdominowało oburzenie komentatorów (tych antypisowskich oczywiście), że Jarosław Kaczyński przestał ograniczać się do sugerowania zamachu i powiedział wprost, że Ruscy mu braciszka ukatrupili. Tą teorią już się zajmowałem, więc drugi raz wykpiwać jej nie będę, nie zamierzam się też dołączać do chóru oburzonych na Kaczyńskiego. Problemem nie jest bowiem prezes PIS-u, tylko to, że ma się do kogo zwracać: 18% Polaków wierzy w zamach. Jakby 18% wierzyło, że Lech Kaczyński mógł dzięki swym nadnaturalnym zdolnościom wysiąść z samolotu przed katastrofą, ale się poświęcił, żeby nie opuszczać małżonki i współtowarzyszy niedoli, to Jarosław wtedy te bzdety opowiadałby na wiecach i pisał petycje do Watykanu, żeby Lecha kanonizowali. Bo Kaczyński, jak znakomita większość polityków, mówi to, co chcą usłyszeć ci, których głosy ma szanse pozyskać. Ot, taki rodzaj politycznej prostytucji uprawianej przez wszystkich od prawa do lewa. I Kaczyńskiemu wcale osądu nie zaburza miłość do brata. Jak mu ociec derektor opluli bratową, udawał, że deszcz spadł, bo rodzinne uczucia musiały ustąpić przed polityczną kalkulacją, że uniesienie się honorem nijak się nie opłaci. I taką samą kalkulacją jest głoszenie teorii zamachu, bo przecież Kaczyński nie jest świrem jak Macierewicz, żeby w nią wierzyć. Innymi słowy, gdyby trzeba było wsiąść do samolotu i polecieć na spotkanie z brzozą dla udowodnienia tezy, że tupolewy koszą brzózki jak źdźbła trawy i wychodzą z tego bez szwanku, Macierewicz by wsiadł, a Kaczyński nie (swoją drogą, prosimy o przeprowadzenie takiego eksperymentu).

Pytanie, które więc trzeba sobie stawiać, brzmi, nie dlaczego Kaczyński przestał owijać w bawełnę, tylko dlaczego mamy w Polsce aż 18% Macierewiczów. Blisko siedem milionów (!) ludzi wierzy w bzdurną teorię, której nie potwierdzają żadne poszlaki, o dowodach nie mówiąc, którą zebrane dowody obalają, która wreszcie – jeśli nie daje się wiary dowodom – nie ma sensu, bo Lech Kaczyński na reelekcję nie miał żadnych szans, a nie morduje się przeciwników, którzy politycznie i tak są trupami. Parę odpowiedzi padło i najwyraźniej uznano je za wystarczające, bo nikt tematu nie drąży. Jedno z wyjaśnień brzmi, że to ludzie prości, starsi, niewykształceni, sfrustrowani rzeczywistością. Po pierwsze, nie tylko, młodych na Krakowskim Przedmieściu nie brakło, w telewizji wypowiadał się niejeden oszołom z magisterskim tytułem, a po drugie, dlaczego podeszły wiek, brak studiów i niezadowolenie z życia mają wyłączać zdroworozsądkowe myślenie? Inni komentatorzy bagatelizują, że wszędzie są zwolennicy teorii spiskowych i wszędzie ludzie wierzą w nonsensy. W Stanach jest nawet Towarzystwo Płaskiej Ziemi. W porządku, tylko właśnie chodzi o to, że przekonanych, że ziemia jest płaska, a zdjęcia z kosmosu to mistyfikacja, są trzy tysiące, a Polaków wierzących w absurd tego samego kalibru siedem milionów. Blisko jedna piąta narodu! Czy ten naród jest jakoś biologicznie wadliwy, jakieś synapsy nie zaskakują jak należy, coś w naszym DNA się schrzaniło?

Nie wykluczam odpowiedzi pozytywnej, ale dopóki nie zostanie potwierdzona badaniem mózgu Antoniego Macierewicza, mam inne wytłumaczenie. Sami sobie gotujemy ten pasztet, wypuszczając ze szkół ludzi, którzy nie potrafią myśleć, nie umieją połączyć przyczyny ze skutkiem, przeprowadzić racjonalnej analizy danego zdarzenia czy zjawiska. A próby wprowadzenia nowoczesnej edukacji, jak właśnie w przypadku nowego programu z historii, napotykają zaciekły opór. Uczeń dalej ma bezmyślnie wkuwać, kiedy było powstanie warszawskie, jak przebiegało i dowiadywać się, jacy to jego dziadowie byli mężni i waleczni. Nie daj Boże, żeby zamiast odpytywać go z dat, które w każdej chwili może sobie sprawdzić w internecie, przedyskutować z nim, czy to męstwo i bohaterstwo miały sens. Bo to byłby zamach na patriotyzm. I opuszcza taki absolwent szkolne mury, wiedząc, że Rosjanie i Niemcy to nasi odwieczni wrogowie, wiedząc, że Polacy są dzielni i skrzywdzeni, to co ma myśleć, kiedy słyszy, że w Rosji spadł polski samolot? Przecież nikt go nie nauczył analizowania docierających do niego informacji.

A można. Swego czasu, ucząc w szkole niemieckiego, miałem klasę, której wychowawczyni, polonistka, machnęła ręką na program. Zamiast „Trenów” dała dzieciakom do czytania współczesne książki (czyli dla nich ciekawe i zrozumiałe) i nie dyktowała im do zeszytów, co autor miał na myśli, tylko z nimi debatowała, pozwalając im samodzielnie dochodzić do wniosków, niekoniecznie do tych założonych przez autorów podręczników (tych lektur zresztą podręczniki nie omawiały). Efekt? Była to jedyna klasa, która, kiedy miała o coś pretensje, potrafiła podjąć rzeczową dyskusję. Umieli przedstawić swoje stanowisko, zrozumieć stanowisko drugiej strony, wysłuchać argumentów i rzeczowo na nie odpowiedzieć. I co najciekawsze, nie byli to wcale tzw. zdolni uczniowie, powiedziałbym nawet, że poniżej przeciętnej.

Jestem przekonany, że z tych uczniów – wówczas trzynastolatków – dzisiaj w teorię zamachu wierzy jeden, góra dwóch, czyli właśnie w normie. I z nimi mógłbym tezy mojego wpisu przedyskutować. Gdybym zamieścił go na jakimś forum, dowiedziałbym się, że napisałem, że Polacy są biologicznie wybrakowanym narodem. I najpierw musiałbym wtórnym analfabetom, których produkują nasze szkoły, tłumaczyć, co rzeczywiście napisałem, a i tak do wielu by nie dotarło. Problemu nie dałoby się omówić, a jak problemu nie da się omówić, to się go nie zdefiniuje ani nie rozwiąże. To znaczy, można rozwiązać, mając większość, tylko że wtedy mniejszość wychodzi na ulice, bo nie rozumie, co się dzieje. A dużej mniejszości nie trzeba wiele świeżej krwi, by stała się większością. I kiedy ten dopływ świeżej krwi nastąpi, znowu, zamiast się mierzyć z wyzwaniami współczesnego świata, będziemy odbudowywać zakisły XIX-wieczny, za to patriotyczny zaścianek.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Łukasz 16,13

Prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski udzielił bardzo ciekawego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, z którego można się na przykład dowiedzieć, że przekonanie o bogactwie Kościoła katolickiego to „antykościelne stereotypy” i „mity”. I pan Przeciszewski dzielnie te mity obala. A mnie zastanawia, skąd te krzywdzące stereotypy i mity się wzięły. No bo przecież każdy widzi, jaki ten Kościół skromny i niezamożny, żeby nie powiedzieć: biedny. Kiedy na przykład zbiera się Konferencja Episkopatu Polski, biskupi na piechotę ciągną, na rowerach, niektórzy nawet na osiołkach, bo z Pana Jezusa przykład biorą. A limuzyny za dwieście tysięcy podstawia wredny Palikot, żeby biskupów o wystawne życie pomawiać. Tymczasem oni zabiedzeni, wychudzeni, żadne pasibrzuchy, przeciwnie, co u drugiego żebra widać, dlatego obszerne sutanny noszą, co by wierni wyrzutów sumienia nie odczuwali, że za mało na swój Kościół łożą.

Albo czy można poważnie traktować kalumnie lewicowej (żeby nie powiedzieć: komunistycznej) „Polityki”, że Kościół katolicki jest największym właścicielem ziemskim w Polsce, jeśli nie liczyć gruntów państwowych. Przecież to kłamstwo, bo każdy wie, że po pierwsze ta ziemia Kościołowi należy się jak psu kość, a po drugie jak tylko państwo odda mu zagrabioną ziemię (przez komunistów, zaborców, Szwedów, Tatarów, Polan i legiony rzymskie), zaraz sprzedaje z dziesięciokrotną przebitką, bo głupi by nie sprzedał, gdyby się dowiedział, że wartość ziemi przez tydzień wzrosła dziesięciokrotnie, a jak się coś sprzeda, to się tego nie ma. Pieniądze poszły na działalność charytatywną. Rozliczenie? Jakie rozliczenie? Kościół to nie instytucja finansowa, żeby miał się z czegokolwiek rozliczać!

Przeciszewski odrzuca zarzut, że w procesie zagarniania… sorry, oddawania ziemi Kościołowi za utracony majątek dochodziło do przekrętów. „Większość [spraw] umorzono, gdyż nadużyć nie stwierdzono”. I trzeba przyznać mu rację: każdy jest niewinny, dopóki nie skazano go prawomocnym wyrokiem. Przecież to, że siostry zakonne przedłożyły Komisji Majątkowej wycenę na trzydzieści milionów, a zaraz potem sprzedały ziemię za trzysta, wcale nie musi świadczyć o ich nieuczciwości. Może były przekonane, że to boski cud, że wartość ziemi poszła w tydzień o tysiąc procent do góry.

Na pytanie o możliwość wprowadzenia podatku kościelnego na wzór Niemiec, Przeciszewski odpowiada, że Polacy takiego podatku by nie znieśli. Dlaczego, już nie wyjaśnia. Podobnie jak hierarchia, która boi się tego podatku jak diabeł święconej wody. Biskupi i Przeciszewski mają świadomość, że podatek kościelny ujawniłby, że Kościół w Polsce to kolos na glinianych nogach. Skończyłby się – no właśnie – mit o narodzie w dziewięćdziesięciu pięciu procentach katolickim. Biskupi, owszem, wierzą, że Polacy kochają Pana Jezusa, ale wiedzą również, że ich owieczki, podobnie jak oni sami, bardzo kochają mamonę, i zdają sobie sprawę, że kiedy przyjdzie wybierać, Pan Jezus nader często z tą mamoną przegra. Albo taka owieczka dojdzie do wniosku, że z Panem Jezusem sama się dogada i pasterz jej do niczego niepotrzebny. Odpis podatkowy jest o tyle bezpieczny, że są to pieniądze, których podatnik i tak nie zobaczy. Spora część wierzących niepraktykujących, która, zmuszona do płacenia ekstra, wypisałaby się z Kościoła, może uznać, że skoro de facto nic jej to nie kosztuje, to jest to świetna forma odpustu. Na podobnej zasadzie działa dotychczasowy 1%. Przekazało go dziesięć milionów Polaków, ale ilu z nich wyłożyło na cele dobroczynne z własnej kieszeni? Poza tym zawsze będzie można powiedzieć, że podatnik nie dał na Kościół nie dlatego, że się z niego wypisał, tylko nie chciało mu się samodzielnie wypełniać PIT-u.

„Autonomia nie wyklucza współpracy na rzecz wspólnego dobra, także w zakresie finansowym” – informuje Przeciszewski. Świetnie. To ile Kościół w ramach tej współpracy w zakresie finansowym przekazał do skarbu państwa? Nie chodzi mi o (niepłacone) podatki od tacy, od gruntów, od działalności gospodarczej, z której zyski rzekomo idą na cele kultu, tylko kiedy i ile Watykan wpłacił do polskiego budżetu, uznając, że skoro rządowi zabrakło na przykład na opiekę społeczną, to Kościół pomoże?

„Jeśli więc człowiek znajduje się w wojsku, szpitalu czy więzieniu, to państwo ma obowiązek zapewnienia mu dostępu do posług religijnych i pokrycia związanych z tym kosztów”. Bo wynika to z „filozofii związanej z poszanowaniem praw ludzi wierzących”. Gdyby Przeciszewski nie był katolickim hipokrytą, to w następnym zdaniu upomniałby się o kaplice w szpitalach i ordynariat polowy dla stu kilkudziesięciu wyznań zarejestrowanych w Polsce. Ale się nie upomina, bo przecież nie chodzi o prawa wierzących, tylko o umocnienie przyczółków katolicyzmu w przestrzeni publicznej i wyszarpanie na to pieniędzy nie tylko od wiernych, ale również od tych, którzy z tą religią nie chcą mieć nic wspólnego. To, że obywatel ma do czegoś prawo, nie oznacza wcale, że państwo ma mu to zapewnić i jeszcze za to zapłacić. Prawo do życia rodzinnego nie oznacza, że państwo ma mi znaleźć żonę albo dołożyć do pensji, kiedy kandydatka uzna, że za mało zarabiam, żeby za mnie wyjść. Posługa religijna jest sprawą prywatną, a nie publiczną. Jeśli wierny w szpitalu potrzebuje kapłana, to powinien poprosić go przyjście (a państwo nie może takich wizyt zakazywać). To, że klecha nie chce się pofatygować z najbliższego kościoła, jeśli mu państwo nie zapłaci, jest przejawem degrengolady tej kasty, która dawno zapomniała, że miała działać w ramach misji i dla szerzenia wiary: „Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów” (Mateusz 10, 7-9). Księża, zamiast swoich wyciągów bankowych, mogliby od czasu do czasu poczytać Nowy Testament.

Przeciszewski pyta: „Dlaczego świecki, który całe życie pracował, ma mieć emeryturę, a ksiądz nie?”. Bo świecki na tę emeryturę płacił składki. To po pierwsze. Po drugie ksiądz to nie zawód, chociaż i wierni, i sami księża coraz częściej tak to postrzegają. Kochanka księdza, która opowiadała gazetom o romansie, cytowała swego księżula, że ten nie robi nic złego, bo przecież „dobrze wykonuje swój zawód”. Powołanie, misja, pomoc wiernym w bogobojnym życiu i przeprowadzeniu ich na drugą stroną zostały zastąpione przez działalność czystą usługową – dać komunię, udzielić ślubu, wyspowiadać – bez żadnej głębszej za tym myśli. No bo kiedy dobrze może wykonywać swój „zawód” ksiądz, który w konfesjonale nakłada na wiernego pokutę za niemoralne życie, sam takie życie prowadząc? Tylko wtedy, gdy religijna treść przestała mieć dla niego znaczenie, a liczą się wyłącznie puste rytuały.

środa, 18 kwietnia 2012

Spotkanie autorskie w Zielonej Górze

Jeśli się wykuruję, bo jakiś wirus mnie dopadł, to pojutrze, w piątek 20 kwietnia, spotkam się z czytelnikami w Zielonej Górze w księgarni Matras (Stary Rynek 22/3). Początek spotkania o godzinie szesnastej. Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

30 dni z książkami

Na blogach książkowych pojawiła się zabawa polegająca na odpowiadaniu codziennie na jedno pytanie związane z książką. Nie dałbym rady pisać codziennie na bloga, zwłaszcza że mam teraz dość intensywną promocję własnej książki, ale postanowiłem pójść w ślady tych blogerów, którzy uznali – biorąc pod uwagę ustalenia współczesnej fizyki, że czas jest pojęciem względnym – że te trzydzieści dni spokojnie mogą zmieścić w jednym.

Dzień 1 – Twoja ulubiona książka
Mam wiele ulubionych, ale jeśli już muszę jakąś podać, to wymieniam „Prawiek i inne czasy” Olgi Tokarczuk, a z czasów młodzieńczych „Sposób na Alcybiadesa” Edmunda Niziurskiego.

Dzień 2 – Książka, którą lubisz najmniej
Jest kilku takich autorów, którzy uchodzą za wybitnych, a do mnie kompletnie nie przemawiają, ostatnia przeczytana książka z tej kategorii to „Dziecię boże” Cormaca McCarthy’ego.

Dzień 3 – Książka, która cię kompletnie zaskoczyła
„Schwedenkräuter” Zbigniewa Kruszyńskiego. Zdumienie i podziw, co można zrobić z językiem.

Dzień 4 – Książka, która przypomina ci o domu
Żadna. Nie uważam dzieciństwa, czy to w swoim przypadku, czy ogólnie, za najszczęśliwszy okres w życiu człowieka i nie szukam w książkach obrazów, które miałyby je przywołać.

Dzień 5 – Książka non-ficiton, której czytanie sprawiło ci niekłamaną przyjemność
Wszystkie książki podróżnicze, opowiadające o odkryciach geograficznych, dawnych cywilizacjach, np. „Gdy słońce było bogiem” Zenona Kosidowskiego.

Dzień 6 – Książka, przy której płaczesz
Nie będę oryginalny. „Chłopcy z Placu Broni” Ferenca Molnára. Jako dorosły roniłem łzy przy powieści Pera Olofa Ekströma „Ona tańczyła jedno lato”. Książki nie ma po polsku, jest słynny film nakręcony na jej podstawie. Nawiasem mówiąc, pierwotnie powieść nosiła tytuł „Letni taniec”, autor zmienił go później na ten filmowy.

Dzień 7 – Książka, przez którą trudno przebrnąć
Teraz już takich nie mam, zasadę, że zaczętą książkę trzeba skończyć, dawno temu porzuciłem. Jeśli przez jakąś powieść nie mogę się przebić, wraca na półkę. No, chyba że chcę ją zrecenzować, wtedy nie ma zmiłuj się, więc ostatnio męczyłem się z Operacją „Chusta” Tomasza Terlikowskiego.

Dzień 8 – Mało znana książka, która nie jest bestsellerem, a powinna nim być
„Niepełni”.

Dzień 9 – Książka wielokrotnie przez ciebie czytana
„Sposób na Alcybiadesa”. Wygrałbym każdy teleturniej z jej znajomości.

Dzień 10 – Pierwsza książka przeczytana przez ciebie
Chyba „Plastusiowy pamiętnik” Marii Kownackiej.

Dzień 11 – Książka, dzięki której zaraziłeś się czytaniem
Na pewno „Plastusiowy pamiętnik” Marii Kownackiej. Pamiętam, że rodzicielka musiała mnie zmuszać, bym ją czytał, ale gdzieś w połowie tak mnie wciągnęła, że nie mogłem się oderwać. Od niej i od wszystkich następnych.

Dzień 12 – Książka, która tak wycieńczyła cię emocjonalnie, że musiałeś przerwać jej czytanie lub odłożyć na jakiś czas
W kość dawała literatura obozowa, „Dymy nad Birkenau” Seweryny Szmaglewskiej, „Pożegnanie z Marią” Tadeusza Borowskiego, „Medaliony” Zofii Nałkowskiej, ale nie skłaniało mnie to do przerywania lektury.

Dzień 13 – Najukochańsza książka z dzieciństwa
Takich też było dużo, ale jeśli trzeba jakąś wymienić, to „Zdobywcy orzechowego tortu” Piotra Wojciechowskiego.

Dzień 14 – Książka, która powinna się znaleźć na obowiązkowej liście lektur w szkole średniej
„Kwietniowa czarownica” Majgull Axelsson. Bo pokazuje, że literatura wysoka może być ciekawa, i ma szansę tych młodych, których jeszcze się da, zachęcić do czytania.

Dzień 15 – Ulubiona książka traktująca o obcych kulturach
Patrz dzień 5.

Dzień 16 – Ulubiona książka, którą sfilmowano
„Homo Faber” Maksa Frischa. I powieść, i film w reżyserii Volkera Schlöndorffa świetne.

Dzień 17 – Książka, którą sfilmowano i zrobiono to źle
O pomstę do nieba woła ekranizacja „Nigdy w życiu!” Katarzyny Grocholi. Z sensownej, zabawnej powieści zrobiono jakieś szmirowate romansidło.

Dzień 18 – Twoja ukochana książka, której już nie można kupić
Pierwsze wydanie „Opowiastek” Hjalmara Söderberga.

Dzień 19 – Książka, dzięki której zmieniłeś zdanie na jakiś temat
„Paradoks czasu” Philipa Zimbardo i Johna Boyda uświadomił mi, że ludzie nie tylko różnie postrzegają czas, ale że ma to realny wpływ na ich życie (w odróżnieniu na przykład od różnego postrzegania kolorów).

Dzień 20 – Książka, którą byś polecił osobie o wąskich horyzontach myślowych
„Jak poszerzyć swoje horyzonty myślowe”?

Dzień 21 – Książka, która przyniosła ci wielką przyjemność, ale wstydzisz się przyznać, że ją czytałeś
Wstydzić się czytanych książek? Nie zdarzyło mi się.

Dzień 22 – Ulubiona seria wydawnicza
Żadna. W ogóle nie zwracam na to uwagi. Serie służą wpychaniu ludziom książek, których normalnie by nie kupili i nie przeczytali.

Dzień 23 – Ulubiony romans
Bez happy endu.

Dzień 24 – Książka, która okazała się jednym wielkim oszustwem
Nowy Testament.

Dzień 25 – Ulubiona autobiografia/biografia
„Hjalmar Söderberg. Życie pisarza” Burego Holmbäcka. Mam zamiar przełożyć.

Dzień 26 – Książka, którą chciałbyś przeczytać, a jeszcze nie jest napisana
Taka, która dowiodłaby, że życie ma jakiś głębszy sens. Tyle że nie zostanie napisana.

Dzień 27 – Książka, którą byś napisał, gdybyś umiał
Umiem pisać książki :-)

Dzień 28 – Książka, której przeczytania bardzo żałujesz
Bodajże nazywało się to „Czarny pająk”, zbiór opowiadań grozy, których przeczytania gorzko w nocy żałowałem. Od tego czasu nie czytam żadnych horrorów.

Dzień 29 – Autor, którego omijasz
Paulo Coelho. I to szerokim łukiem.

Dzień 30 – Autor, którego wszystkie książki czytasz
Jest sporo takich, m.in. Stanisław Lem, Wiesław Myśliwski, Marek Hłasko, Ryszard Ćwirlej, Frederick Forsyth. Generalnie, jeżeli autor mnie zachwyci, to może liczyć na moją wierność.

sobota, 14 kwietnia 2012

Spotkanie autorskie w Wałbrzychu

Jutro, w niedzielę 15 kwietnia, spotkam się z czytelnikami w księgarni Matras w Galerii Victoria przy ul. 1 Maja 64 w Wałbrzychu. Początek spotkania o godzinie piętnastej. Serdecznie zapraszam.